Czy można ugrać zaledwie cztery gemy na Wimbledonie i zostać bohaterką? Można, gdy - jak Alicja Rosolska - ma się prawie 41 lat i wraca do wielkoszlemowej rywalizacji po udarze. Polska tenisistka chciała zagrać w Londynie już rok temu, dwa miesiące po tym, jak trafiła do szpitala. - Lekarze trochę się śmiali - wspomina.
W tenisowym środowisku mówi się "Alicja Rosolska" i myśli: "uśmiech". Doświadczona specjalistka w grze podwójnej jest osobą bardzo pogodną i nie zmieniły tego trudne doświadczenia, które pokrzyżowały jej plany w ubiegłym roku. Wręcz przeciwnie. Udar sprawił, że przy powrocie na ulubiony turniej uśmiech ani na chwilę nie schodził z jej twarzy. Choć mogła się nim nacieszyć jedynie 58 minut.
Zobacz wideo Chwalińska o najtrudniejszym momencie
Przegrały w niespełna godzinę, ale i tak były najbardziej uśmiechniętą parą na kortach
Tegoroczna edycja Wimbledonu dla większości polskich zawodników była wynikowo rozczarowująca. Zwłaszcza dla będących w centrum zainteresowania singlistek i singlistów, których już po tygodniu nie było w rywalizacji. Iga Świątek nadal zmaga się z kryzysem, Hubertowi Hurkaczowi i Mai Chwalińskiej na przeszkodzie stanęły kłopoty zdrowotne, a Magda Linette, Magdalena Fręch i Kamil Majchrzak mieli poczucie niewykorzystanych szans. Szybko, bo w pierwszej rundzie, odpadła też Rosolska. Ale ją – ze względu na okoliczności – cieszył sam fakt, że mogła znaleźć się w obsadzie turnieju.







