Hulajnoga taka sama jak syna, taki sam kask. Gdy mąż przyniósł but, wiedzieliśmy już, że w karetce jest nasz Sebastian - mówi Ewa Cybula. Po ciężkim wypadku 14-latek trafił śmigłowcem do Białegostoku z rozległym urazem głowy i złamaniami. Lekarze alarmują: dzieci po wypadkach na hulajnogach trafiają do szpitala niemal codziennie, rehabilitacja trwa latami.

Jechaliśmy z mężem samochodem. Byliśmy już niedaleko domu, gdy zauważyliśmy wypadek. Karetka, straż pożarna, policja. I leżąca na jezdni hulajnoga. Pomyślałam: Żeby to tylko nie był nasz syn - opowiada Ewa Cybula, mieszkanka jednej z podlaskich miejscowości.

Wybiegła z auta. - Hulajnoga taka sama jak syna, taki sam kask. Gdy mąż przyniósł but, mieliśmy już pewność, że w karetce jest nasz Sebastian.

Po 14-latka przyleciał śmigłowiec, który przetransportował go do szpitala w Białymstoku. Tam zrobiono mu tomograf głowy, brzucha, kończyn. Wypadek spowodował bardzo masywny uraz głowy, z licznymi obrażeniami czaszki, obrzękiem mózgu. Operacji wymagała lewa noga, bo złamane były kości piszczelowa i strzałkowa. Lekarze orzekli, że obrażenia zagrażają życiu chłopca. - Cztery doby czekaliśmy na dobrą wiadomość. Modliliśmy się. I prosiliśmy ludzi, by modlili się z nami. Nie tylko za syna, ale i za ludzi, którzy się nim opiekują - mówi pani Ewa.