Hymn USA odśpiewany z taką pasją, że miałem ciarki na plecach, a wielu ludzi wokół mnie ocierało łzy. Helikopter tuż po nim nad stadionem w Seattle. Wiedziałem, że Amerykanie kochają swój kraj, hymn i narodowe barwy. Nie przypuszczałem jednak, że z taką samą siłą pokochają piłkę nożną i mundial - pisze ze Seattle Dominik Wardzichowski, reporter Sport.pl.

Fot. KEVIN NG / IMAGN IMAGES via Reuters

Seattle już dzień przed meczem USA - Australia oddychało mundialem. Nie było to jednak nachalne czy sztucznie pompowane zainteresowanie wielką imprezą. Po fenomenalnej inauguracji w Los Angeles i zwycięstwie kadry Mauricio Pochettino nad Paragwajem 4:1, czuło się, że przed meczem z Australią w 2. kolejce, miasto żyje czymś wyjątkowym. Już około godz. 14, w pełnym słońcu, strefa kibica była pełna ludzi. Nad wodą, w jednym z najładniej położonych miejsc, jakie można sobie wyobrazić dla takiej imprezy, trwała amerykańska fiesta. Muzyka, food trucki, tysiące kibiców i wszechobecne barwy USA.

Co ciekawe, nie dominowały wcale wyłącznie piłkarskie koszulki. Obok trykotów reprezentacji Stanów Zjednoczonych można było zobaczyć stroje klubów futbolowej NFL, hokejowej NHL czy baseballowej MLB. W pewnym momencie miałem wrażenie, że nie jest ważne, z jakiego sportu pochodzi dana koszulka. Liczyło się jedno - duży napis USA na piersi. Już na pierwszy rzut oka było widać, że mundial naprawdę trafił do amerykańskiej świadomości.