Podczas mundialu w USA dokonuje się cicha rewolucja w piłce nożnej. Pod płaszczykiem "przerwy na nawodnienie" mecze zostały podzielone na kwarty. Kibiców trochę to wkurza, trenerzy od razu wykorzystali okazję, aby robić odprawy techniczne, a amerykańskie telewizje liczą zysk w setkach milionów dolarów.
Mundial w USA miał służyć temu, aby piłka nożna podbiła Amerykę. Tymczasem mamy zjawisko odwrotne: to piłka nożna się amerykanizuje. Najlepszym przykładem jest podzielenie meczu na kwarty. Zrobiono to pod płaszczykiem obowiązkowych przerw na nawodnienie.
Przerwa na reklamę, a nie na nawodnienie
Odpowiednia kampania medialna zdała tu egzamin. Naukowcy ostrzegali, że granie w wysokich temperaturach w środku dnia negatywnie wpłynie na zdrowie piłkarzy i FIFA nie miała wyboru. Musiała zadbać o zawodników. Jakoś nikt wtedy nie zauważył oczywistego faktu, że duża część meczów będzie odbywać się na zadaszonych i klimatyzowanych stadionach, a niektóre w porach i miejscach, gdzie temperatura nie będzie groźna dla zawodników. Wtedy przerwa na nawodnienie jest zbyteczna. Jednak nie po to amerykańskie stacje zapłaciły 945 mln dolarów za prawa do pokazywania mundialu, aby do interesu dokładać. Zwłaszcza że z USA pochodzi co czwarty dolar, który FIFA zarabia na transmisjach. Trzyminutowe przerwy wprowadzono obligatoryjnie jako element każdej połowy meczu.







