Jedna kawa za 20 zł, stolik zajęty na pół dnia, kilka zdjęć na Instagramie i poczucie, że przez chwilę jest się częścią lepszego świata. Dla jednych to niewinne bywanie, dla właścicieli lokali, realny koszt.

Zwykle przychodzi sam. Wchodzi, jak do siebie i zajmuje stolik w najbardziej reprezentatywnym miejscu, tak, żeby było go widać. Do obsługi zwraca się na ty, co najmniej, jakby był rezydentem lokalu albo znajomym właściciela. Zamawia kawę, choć nie pogardzi darmową wodą. Siedzi z wypiętą piersią i przegląda telefon. W knajpie zwykle spędza kilka godzin, niczego więcej nie zamawia, a kroniką jego wypadów jest Instagram. Kim jest? To wysiadywacz statusu.

- Przychodzi do nas taki jeden, znają go wszyscy stali bywalcy lokalu. Możesz być pewien, że będzie pierwszym gościem. Nikt nie wie gdzie i czy w ogóle pracuje, gdzie mieszka, ile mat lat. Gdy zaczął przychodzić, z nikim nie rozmawiał, z czasem wysiedział swój status. I z wysiadywacza został meblem - mówi mi barmanka w jednym z barów przy Nowym Świecie.

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.