Włosi, którzy szukają domów, najpierw pytają, jak daleko jest stamtąd do baru. Nikt nie kupi domu w miejscu, gdzie nie ma baru.
Włoskie bary to osobliwe miejsca. Do dziś nie mamy pojęcia, jakim cudem w ogóle działają.
Chodzimy tam namiętnie nie tylko po to, by wypić kawę i zjeść cornetto, czyli rogalika – najchętniej z nadzieniem pistacjowym – ale przede wszystkim, żeby poczuć się po włosku i zostać miejscowymi – lokalsami.
Nie wiem, w jaki sposób udaje się barom związać koniec z końcem, bo wydaje się to niemożliwe. W Polsce restauratorzy narzekają na koszty paliwa, energii, ZUS-u i windują cenę kawy do pułapu, przy którym Włoch dostałby ataku serca. Dwadzieścia-trzydzieści złotych za kawę? Pięć-siedem euro? Kawa przecież zawsze kosztuje jedno euro, może półtora.
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.












