- Napiję się herbaty, obejrzę coś dobrego i pójdę spać. Co obejrzę? Może jakiś tenis, bo jestem tenisową maniaczką - powiedziała Maja Chwalińska po awansie do finału Rolanda Garrosa. Polka nie otwiera szampana. Nie tylko dlatego, że jest chora. I nawet nie dlatego, że ma jeszcze robotę do wykonania. Korespondencja z Paryża wysłannika Sport.pl, Łukasza Jachimiaka.

Chrypiący głos i trochę zmęczone oczy miała Maja Chwalińska dwie godziny po meczu z Dianą Sznajder (7:6, 6:4) w półfinale Rolanda Garrosa. Ale w tych oczach widzieliśmy szczęście. I skupienie. A tego głosu znów słuchaliśmy z ogromnym zainteresowaniem. My, Polacy, i dziennikarze z całego świata. Maja gra w tym turnieju znakomicie, a mówi równie niebanalnie.

Jedynym tematem, jakiego Maja nie chciała poruszać z reporterami z różnych krajów, były jej tatuaże. Stwierdziła, że to zachowa dla siebie. I w porządku. Polka rzadko stawia granice. W minionych dniach otwarcie i maksymalnie szczerze opowiadała o swojej walce z depresją. I o przebijaniu się z tenisowej drugiej czy nawet trzeciej ligi na salony. Dziś normą dla Mai stało się to, że po każdym kolejnym meczu porozmawiać z nią przychodzi coraz więcej ludzi. Po tym jak awansowała do finału, w sali konferencyjnej zgromadziła się prawie setka dziennikarzy.