Australian Open to "szlem najszczęśliwszy", Roland Garros kojarzy się z francuskimi zaśpiewami, a Wimbledon to tradycja białych stroi. US Open? Charakterystyczne cechy nowojorskiego turnieju - hałas i zapach marihuany - zaczynają być męczące.

Głównym tematem, a wręcz plagą tegorocznego US Open, są wszelkiej maści influencerzy, którzy zaproszeni przez organizatorów pojawiają się na trybunach Flushing Meadows. Ich obecność ma przyciągnąć do sportu młodych ludzi, ale na razie przeszkadza wszystkim: przede wszystkim samym zawodnikom, którzy muszą radzić sobie z nieustannym gwarem. Hałas na kortach w Nowym Jorku nie jest niczym nowym - wszak jest on nazywany "najgłośniejszym szlemem" - ale z roku na rok staje się coraz bardziej uciążliwy. I nie jest to jedyna kwestia, na którą narzekają tenisiści.

Zjawiskiem charakterystycznym i bardzo specyficznym dla meczów tenisowych jest cisza. To ona dominuje przez większość meczu. Pojawia się, gdy zawodnicy przygotowują się do serwisu, a także, gdy trwa wymiana. Ta cisza przerywana jest jedynie krótkotrwałymi oznakami radości, niedowierzania czy rozczarowania zaraz po zakończonym punkcie. Tymczasem w Nowym Jorku podczas US Open nawet w przekazie telewizyjnym - zwłaszcza z kortu centralnego Arthur Ashe Stadium - możemy usłyszeć w tle wieczny gwar poruszających się ludzi w trakcie gry, co w etykiecie tenisowej jest zabronione.