Oferowała się matkom do bawienia i pomocy w karmieniu niejadków i wybierała takie domy, w których dzieci były otyłe. I zjadała ich porcje. W szkole żywiła się resztkami, czekała, obserwując, kto nie dojada.
Na początku był owoc, nie słowo, i była dzika ochota, by go sobie przywłaszczyć. A później były głód i strach, poszukiwanie ich sensu. Owoc, przyczynę nieporozumienia, nazwano jabłkiem dopiero w łacińskim przekładzie Starego Testamentu. Mogły to być granat, cytron lub figa, ale nie jabłko. Jabłonie nie rosły w okolicach raju. O ile raj był w biblijnej lokalizacji. O ile był.
Z pewnością nie w okolicy Sambora, choć tu z kolei były jabłka. Nie dla wszystkich. Papierówki, antonówki, renety, kosztele. Dawało się je zerwać z przydrożnych jabłoni lub kupić na targu. Jeśli tylko można było sobie na nie pozwolić, bo przecież nie stanowiły artykułu pierwszej potrzeby. Dostęp do owoców bywał wyznacznikiem statusu społecznego. Jednym z wielu – różnice narodowe, etniczne, religijne i klasowe dzieliły lokalną wspólnotę wzdłuż i wszerz. Także rodziny i powinowatych.
Klub Gazety Wyborczej
akcja ekranizacja









