Wozu strażackiego nie dało się tam wysłać. Węży gaśniczych też nie było jak rozwinąć. Gdy na stromym zboczu w rejonie Włosienicy zapaliło się drzewo i ściółka, strażacy musieli dostać się do ognia z powietrza. Pomógł śmigłowiec TOPR, a dron zamienił się w latający transport wody.

W Tatrach w letnie popołudnie taki widok natychmiast zwraca uwagę. We wtorek 18 sierpnia nad zwartym lasem w rejonie Polany Włosienica, niedaleko jednej z najbardziej uczęszczanych tras w polskich górach, pojawił się dym. Zauważyli go turyści i inne osoby, znajdujące się w okolicy. Informacja trafiła do służb. Problem polegał jednak na tym, że samo dostrzeżenie dymu było znacznie łatwiejsze niż dotarcie do miejsca, z którego się wydobywał.

Ogień znajdował się bowiem w bardzo stromym, zalesionym terenie. Nie prowadziła tam droga, którą mógłby przejechać samochód gaśniczy. Nie było też możliwości przeprowadzenia klasycznej akcji, znanej z pożarów przy drogach: dojazdu zastępów, rozwinięcia węży i podania wody.

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.