Polski proboszcz parafii z Tyraspolu, stolicy Naddniestrza, powiedział "Wyborczej", że ani nie widział posła PiS Marcina Romanowskiego w swoim kościele, ani nie gościł go w klasztorze przy ulicy Suworowa 17. Ściganemu posłowi PiS powinno zależeć, żeby ksiądz go zobaczył i oficjalnie to potwierdził.

Sąd Okręgowy w Warszawie rozpatruje wniosek o list żelazny ściganego listem gończym Romanowskiego. Zgoda oznaczałaby, że polityk przestaje się ukrywać i zgłasza się do prokuratury, która chce go przesłuchać jako podejrzanego. W zamian dostałby formalne zapewnienie, że nie trafi do aresztu.

Najważniejsze warunki, żeby dostać list żelazny, są dwa. Trzeba być podejrzanym o przestępstwo i poszukiwanym przez prokuraturę oraz ukrywać się za granicą. To sam wnioskujący o list żelazny musi udowodnić, że nie ma go w Polsce. Tymczasem Marcin Romanowski zachowuje się tak, jakby bardzo mu zależało, żeby jego wniosek został odrzucony.

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.

MATERIAŁ PROMOCYJNY