Renomowany prawnik pisze wprost: FIFA i UEFA chowają się za "specyfiką sportu", żeby nie odpowiadać przed nikim. Czas, żeby ktoś w końcu zapytał, kto tu jest sędzią, a kto oskarżonym.
Hipokryzja. Skandale. Korupcja. Arogancja. Poklepywanie się z autokratami (Igrzyska Olimpijskie w Soczi, Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej w Katarze, Trump/Infantino etc., etc.). Lista poważnych "dolegliwości", które trawią system zarządzania sportem, jest długa. W Polsce zazwyczaj byliśmy świadkami tego, jak przy każdej kolejnej aferze wstrząsającej rodzimą piłką nożną ta ostatnia stawała się zakładnikiem działaczy i wygodnego dla nich argumentu, że "bez PZPN/UEFA/FIFA nie ma futbolu". Każda próba leczenia choroby toczącej polską piłkę kończyła się szantażem i groźbą wykluczenia polskich drużyn oraz polskiej reprezentacji z rozgrywek.
Teraz kolejne bizantyjskie wolty, cyniczne przerwy na nawodnienie (chyba bardziej dla działaczy i sponsorów niż samych piłkarzy…) czy zupełnie niebywała (nawet w warunkach korupcji i bezprawia FIFA) sytuacja arbitralnego zawieszenia czerwonej kartki piłkarza amerykańskiego w przeddzień kluczowego meczu USA vs. Belgia na skutek politycznego "telefonu Trumpa" (z którym nota bene ten ostatni nawet się nie krył, a wprost przeciwnie – był z tego faktu dumny i na swój dziecinny sposób opowiadał o nim całemu światu), potwierdzają jedynie, że zarządzanie dzisiejszym sportem nie ma nic wspólnego z ideałem autonomii sportu w imię jego specyfiki. Stało się raczej parawanem dla nieprzejrzystości, cwaniactwa i wygodnego życia działaczy. A mimo to parasol zewnętrzny tak wypaczonej autonomii sportowej chroni sportową stajnię Augiasza i drwi z emocji tych, dla których sport znaczy coś znacznie więcej niż "fasada garnituru" jednego czy drugiego prezesa czy sekretarza…







