Ciekawe, jak UEFA wyobraża sobie dalsze naciskanie na detronizację szefa Międzynarodowej Federacji Piłki Nożnej, Gianniego Infantino, skoro na jej działanie wielki wpływ ma osoba, która jest zaufanym człowiekiem największych obrońców Szwajcara. Konflikt interesów prezesa, który "kontroluje europejski futbol" prędzej czy później da o sobie znać.
W Europie tak tego nie widać, bo tu Gianni Infantino nie ma żadnych jawnych obrońców, ale w Azji wrze. Piłkarskie związki na tym kontynencie podzieliły się na te, które obecnego szefa FIFA popierają i na te, które straciły już do niego zaufanie. Na czele tych drugich stoi Salman bin Ebrahim Al-Khalifa, szef Azjatyckiej Konfederacji Piłkarskiej.
Człowiek, który już raz rzucił wyzwanie Infantino
To postać, która już raz rzuciła wyzwanie Infantino. W 2016 roku Bahrańczyk stanął do wyborów na prezydenta FIFA. I był faworytem. Agencja prasowa AP tak pisała w swojej zapowiedzi wyborów: "Działacze FIFA, delegaci i obserwatorzy powiedzieli Associated Press, że badania wyborców i konfederacji wskazują, iż Salman ma największe poparcie i mógłby zdobyć większość już w pierwszym głosowaniu". Rzeczywistość okazała się dla 61-letniego dziś szefa AFC brutalna. Infantino w pierwszej rundzie dostał 88 głosów, wobec 85 na Salmana. W drugiej rundzie Szwajcar powiększył swoją przewagę. Dostał 115 głosów, a najgroźniejszy rywal: 88. Niespodzianka stała się faktem. Dzięki temu, że Infantino dostał poparcie od ponad 50 procent głosujących, mógł cieszyć się z nowej posady w 2016 roku.






