W sobotę, 1 sierpnia, odbyła się siódma runda Grand Prix. Była ona wyjątkowa, szczególnie dla polskich kibiców. Po raz pierwszy w historii zagościła bowiem w Łodzi (w przeszłości gospodarzami byli: Wrocław, Bydgoszcz, Chorzów, Leszno, Toruń, Gorzów Wielkopolski, Warszawa oraz Lublin). Łódzka Motoarena to jedyny debiutant w tym sezonie. Była to też szczególnie ważna runda dla Bartosza Zmarzlika, który przystąpił do niej z ledwie pięciopunktową przewagą w klasyfikacji generalnej nad drugim Brady’m Kurtzem.
Zobacz wideo Ranking kiełbasek żużlowych, czyli gdzie na żużlu warto zjeść
Fatalny dzień dla Zmarzlika. Nie tak miało być
Zmarzlik wystartował już w pierwszym biegu, ale ten nie poszedł po jego myśli. Na metę dotarł dopiero na trzecim miejscu, zgarniając tylko punkt. W kolejnej rywalizacji wcale nie było lepiej. Ba, sześciokrotny mistrz świata dotarł dopiero ostatni. Nie tylko źle wystartował, ale i był wyraźnie wolniejszy od rywali. Kolejny bieg? Drugie miejsce.
Dopiero w swoim czwartym starcie udało mu się triumfować, a w ostatnim dojechał do mety za plecami głównego rywala, czyli Brady'ego Kurtza. Po fazie zasadniczej to Australijczyk był drugi z 13 punktami na koncie, a Zmarzlik był dopiero szósty - osiem "oczek". Na czele był za to... Patryk Dudek, który wygrał aż cztery swoje biegi, a raz był trzeci.







