To miał być najmocniejszy w historii Lech Poznań. Taki, który do upragnionej fazy ligowej Ligi Mistrzów miał wejść szturmem. Po wygranej 4:1 z Aarhus GF na wyjeździe wszyscy w to uwierzyliśmy. Skończyło się wstydliwą porażką w rewanżu po dogrywce i rzutach karnych. To po prostu nie miało się prawa wydarzyć. Wstyd to mało powiedziane.
Obraz nędzy i rozpaczy. Albo, jak mawiał klasyk, "wstyd, żenada, kompromitacja, frajerstwo". Załamanie na twarzach lechitów, którzy dopiero co byli jedną nogą w III rundzie eliminacji Ligi Mistrzów. I szaleńcza radość Duńczyków, którzy po ostatnim rzucie karnym pobiegli pod sektor dopingujących ich niezwykle głośno ponad 2 tys. kibiców. Z drugiej strony piłkarze Kolejorza. Zawstydzeni i przepraszający swoich fanów za to, co się stało w środowy wieczór przy Bułgarskiej. Tak wyglądał krajobraz na stadionie Lecha zaraz po porażce 1:4 i 3:4 w rzutach karnych z Aarhus GF i odpadnięciu z Ligi Mistrzów.
Kibice Lecha nie zamierzali zbyt długo słuchać piłkarzy i czym prędzej wyszli ze stadionu. Ja, podobnie jak niemal 40 tys. fanów, też stałem i patrzyłem z niedowierzaniem na to, co działo się na murawie w ciągu 90 regulaminowych minut, 30 minut dogrywki i rzutów karnych. To nie był Lech, którego wszyscy dopiero co typowali do awansu do Ligi Mistrzów i zdominowania Ekstraklasy. To był Lech wstydliwy, chaotyczny, dający się stłamsić. Lech miał pokazać pazur i może nie tyle rzucić się przeciwnikowi do gardła, ile udowodnić, że niegdysiejsze porażki Manchesteru City czy – już nieco bliżej obecnych czasów – Villarrealu przy Bułgarskiej nie były dziełem przypadku. Tymczasem presja plątała nogi nie tym, którym zwykle czyniła to przy poznańskiej publiczności. Aarhus GF cechował zaś pragmatyzm i skuteczność. Przede wszystkim jednak pomagał im bramkarz – tak przez cały mecz, jak i w serii jedenastek. Tego nie można było powiedzieć o Mateuszu Lisie.







