Ani się obejrzymy, a już będziemy oceniać nasze szanse na Euro 2028 albo pomstować na brak kwalifikacji czy też liczyć szanse na możliwe do zdobycia medale w Los Angeles. Jesteśmy jak ten chomik w kołowrotku - im mocniej przebieramy łapkami, tym szybciej się to kółko kręci - pisze Jacek Laskowski w felietonie "Sport w 4K".
Przed laty, dla mnie jako młodego kibica, nie było gorszego momentu niż zakończenie dużej imprezy sportowej. Po trzech, czterech tygodniach ślęczenia przed telewizorem, chłonięcia całym sobą każdej minuty transmisji, każdego najdrobniejszego dostępnego w ten sposób detalu, popadało się nagle w pustkę. Równo z ostatnim gwizdkiem finału albo ze zgaśnięciem olimpijskiego znicza sportową duszę spowijała mgła, w której ciężko było się odnaleźć. Brakowało charakterystycznych telewizyjnych czołówek, hymnów, powtórek, bramek, skoków, rzutów, wyścigów, brakowało sumiennie prowadzonych w trakcie takiej imprezy zapisków i porannego pędzenia do kiosku, żeby koniecznie dostać upragniony numer sportowej gazety. Sytuację ratował fakt, że przeważnie działo się to podczas wakacji, więc człowiek wpadał w rytm wczasów, kolonii, obozów albo po prostu brało się piłkę pod pachę, rakietę do ręki i na dwór!






