Dawno nie byłem w kinie - wolę domowe, bez smrodu popcornu i 20 min reklam przed seansem. No i trafił mi się gniot, jakiego jeszcze dawniej nie widziałem. Oto, dlaczego "Odyseja" Christophera Nolana boleśnie zawodzi.
Zacząłem się kręcić już na początku – kiedy pozbawiony ojca Telemach nieudolnie zmagał się z pijanymi zalotnikami ubiegającymi się o względy jego matki Penelopy. Ale naiwnie pomyślałem, że może potem będzie lepiej. Tak doczekałem mniej więcej do połowy tego zbyt długiego filmu, kiedy już – wbrew sercu – postanowiłem wytrwać do końca. Dalsza droga przez to bagno wydała mi się bardziej sensowna niż rejterada po własnych tropach.
W anglojęzycznej krytyce literacko-filmowej istnieje pochodzące z XIX wieku znakomite pojęcie "dobrowolnego zawieszenia niewiary" (ang. willing suspension of disbelief). Oznacza tak głębokie zanurzenie w opowieści, że staje się ona prawdziwa. Jeśli podskakujesz ze strachu podczas filmu, zaczynasz wierzyć, że ekranowa historia dzieje się naprawdę. Kiedy płaczesz, bo bohaterom dzieje się krzywda, albo spotyka ich coś pięknego i powalającego – twoje niedowierzanie w fikcję zostaje za drzwiami kina.
kalendarium
kuchnia












