Wygląda na to, że siedział pan niewinnie, stracił biznesy, politycy się odwrócili, nawet żona pana zostawiła. Do kogo ma pan największe pretensje? - pytam Arkadiusza G., którego prokuratura uznała za szefa mafii paliwowej. - Do pana, panie Adamie - odpowiada, odstawiając na bok talerzyk z sernikiem.
Gdzie są chłopcy z BGM. Część 1. „G" jak Arkadiusz G.
- Pan chce wracać do starych, bolesnych spraw, a mnie dziś bardziej interesuje wędrówka dusz – mówi, przełykając kęs sernika, który jest jego ulubionym ciastem. – Teraz żyję pomału, mam kury, gęsi. Owce też były, ale wilki je zagryzły.
Arkadiusz G. to główny bohater procesu, w którym sąd musiał przeczytać 1300 tomów akt i litera „G" w nazwie słynnej kiedyś firmy BGM Petrotrade Poland (pozostali to Jan B. i Zdzisław M.). Ta szczecińska spółka na początku tego wieku była największym prywatnym importerem paliw w Polsce. Stała się wtedy symbolem powiązań biznesu, mafii, tajnych służb i polityków. Jej właściciele, nazywani baronami paliwowymi, według prokuratury byli odpowiedzialni za aferę paliwową (a to matka późniejszych afer vatowskich) i ukradli państwu setki milionów złotych.
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.











