Nie da się ich wyprzedzić samochodem, a jak się wyprzedzi, to jeszcze pyskują. To mamy taki efekt - słyszę w podwarszawskiej wsi, gdy pytam o pinezki na drodze. Ktoś je tam rozsypuje, by przegonić kolarzy z ich ulubionej trasy.
Trasa rowerowa na Gassy wśród kolarzy szosowych ma status kultowej. W każdy słoneczny weekend na drodze prowadzącej przez Okrzeszyn, Obórki, Gassy, Wólkę Dworską, Podłęcze i na końcu podjazdem do Góry Kalwarii roi się od peletonów, grupek i pojedynczych cyklistów. Dobry asfalt, stosunkowo niewielki ruch aut, a po drodze kawiarenki, sklepiki, serwisy rowerowe, a nawet ciastomat.
Dla każdego kolarza z Warszawy, który jest w ten sport wkręcony na poważnie, to znaczy ma strój z lycry, najlepiej drogiej marki, jak MAAP i rower szosowy za przynajmniej 5 tysięcy złotych, Gassy są rowerową Mekką. Trzeba pojechać tam raz na jakiś czas, by mieć o czym rozmawiać na ustawkach, czyli kolarskich przejazdach w peletonie organizowanych przez kawiarnie i kluby sportowe.
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.















