Jeśli osoba, której lekarze mówili, że może zapomnieć o powrocie do pełnej sprawności, a później o własnych siłach zdobywa górę gór, zapewnia, że mogę więcej, niż mi się wydaje, to komu mam zaufać, jeśli nie jej?

Kiedy byłam mała, co roku jeździłam na wakacje nad morze. Godzinami wgapiałam się w bezkresny Bałtyk, zafascynowana odległą linią, gdzie woda płynnie przechodziła w niebo. Ideę horyzontu poznałam wcześnie, choć do dziś wyraźnie pamiętam, jak zza sąsiedniego parawanu ktoś przekonywał, że „jakby wziąć motorówkę, to by się do niego dopłynęło". Cóż to by była za strata!

Nieco ponad dekadę temu Martyna Wojciechowska, dziennikarka, podróżniczka i niestrudzona entuzjastka przekonywania innych, że niemożliwe nie istnieje, wydała książkę, którą zatytułowała „Przesunąć horyzont". Opisała w niej nie tylko swoją wyprawę na Mount Everest, ale też tę dużo trudniejszą drogę, którą musiała przebyć wewnątrz siebie po stracie przyjaciela, chorobie i wypadku, w którym złamała kręgosłup. Jeśli osoba, której lekarze mówili, że może zapomnieć o powrocie do pełnej sprawności, a później o własnych siłach zdobywa górę gór, zapewnia, że mogę więcej, niż mi się wydaje, to komu mam zaufać, jeśli nie jej?