Jeszcze niedawno bieganie wyglądało trochę jak kolejny wyścig. Tylko zamiast open space'u i Excela były legginsy kompresyjne, zegarki z GPS-em i aplikacje analizujące tempo co do sekundy. Człowiek wychodził pobiegać, a wracał z poczuciem, że znowu jest od kogoś wolniejszy.

Dziś coraz więcej osób ma już tego zwyczajnie dosyć. Bo przecież rywalizacja jest wszędzie. W pracy. W mediach społecznościowych. Nawet odpoczynek dla niektórych przestał być odpoczynkiem, a stał się czymś do optymalizowania. Czytamy określoną liczbę książek rocznie, liczymy kroki, monitorujemy sen, mierzymy produktywność i próbujemy „dobrze" spędzać wolny czas. Nic dziwnego, że w pewnym momencie mówimy: stop.

Może właśnie dlatego zmienia się też nasze podejście do ruchu. Coraz częściej nie chodzi już o wynik. Ani o „życiówkę". Ani nawet o formę na lato. Bardziej o to, żeby wyjść z domu, przewietrzyć głowę i przez godzinę nie odpowiadać na żadne powiadomienia. Brzmi banalnie, ale właśnie ta banalność okazuje się luksusem.

Jeszcze dekadę temu bieganie w Polsce miało w sobie coś onieśmielającego. Widać to było szczególnie podczas dużych imprez sportowych: profesjonalny sprzęt, sportowe zegarki, walka o sekundy i atmosfera, która dla wielu osób była bardziej stresująca niż motywująca. Łatwo było dojść do wniosku, że jeśli nie biegasz szybko, to właściwie po co w ogóle wychodzisz na trasę.