Niedawno przeżyliśmy zalew tekstów o tym, jak wspaniale było dorastać w PRL: mieć klucz na szyi, wisieć na trzepaku, zgrywać kasety magnetofonowe i jeździć na kolonie. W porównaniu z tamtą idyllą dzisiejsze dzieciaki podobno żyją w okropnych czasach.
Żółte Tygrysy, Gwiezdne Wojny, Indiana Jones i gry na Atari – sukces różnego rodzaju remake’ów pokazuje, jak trudno odnaleźć nam się w czasach, które sami tworzymy.
Tygrysowo-nostalgiczny felieton Grzegorza Motyki pchnął mnie do rozważań nad ogólną naturą nostalgii. Mechanizm jest powszechnie znany i opisany. Po pierwsze, tęsknimy do czasów, gdy byliśmy młodzi, piękni i pełni nadziei, nawet gdy te czasy obiektywnie były gorsze. Po drugie, jako dorośli, mający własne dochody, realizujemy marzenia z dzieciństwa. To dlatego na ekrany kin wracają filmy i bohaterowie, a na rockowe sceny – gwiazdy, w odstępie czasowym równym mniej więcej dorośnięciu i uzyskaniu stabilizacji majątkowej przez jedno pokolenie. Nieprzypadkowo serial „Cudowne lata", traktujący o przełomie lat 60. i 70. XX wieku w Ameryce, wyprodukowany został równo dwadzieścia lat po czasach, w którym żyli jego bohaterowie. Dawał amerykańskim menadżerom epoki reaganomiki, a potem pierwszej wojny w Iraku, którzy sami dorastali na przedmieściach wielkich metropolii, możliwość podróży w przeszłość.
















