Trzy utalentowane, młode zawodniczki odeszły z jednej z reprezentacji Polskiego Związku Kajakowego. Jego prezes mówi, że nigdy nie ingeruje w pracę i decyzje trenerów.

Rozmowa z prezesem PZKaj Grzegorzem Kotowiczem – niegdyś znakomitym kajakarzem i medalistą olimpijskim – jest o tyle pouczająca, że szef związku na pytanie, czy odejście trzech utalentowanych zawodniczek, co opisaliśmy w głośnym tekście na Sport.pl, nie wzbudziło w nim niepokoju, opowiada o nieporozumieniach słownych. O prywatnych przyczynach odejść, o tym, że "kiedyś było gorzej", a przede wszystkim o domniemanym braku determinacji zawodniczek. Jedyne, co się nie pojawia w jego słowach, to wątpliwości co do metod pracy trenera Mariusza Szałkowskiego.

Radosław Leniarski: Trzy reprezentantki Polski zrezygnowały albo nie wróciły do sportu, tłumacząc to metodami i stylem pracy trenera. Czy PZKaj przeprowadza w takich sytuacjach jakąś rozmowę wyjaśniającą, żeby ustalić rzeczywiste przyczyny odejścia?

Grzegorz Kotowicz: Po to wybieramy trenera po wielu konsultacjach, często również z zawodnikami, by mu zaufać. Nie możemy podważać jego decyzji i chyba jest to oczywista zasada we wszystkich sportach. Oczywiście, po jakimś czasie nadchodzi czas weryfikacji i oceny. Wychodzimy jednak z założenia, że trener decyduje o pewnych rzeczach, ale są też regulaminy, a on ma się do nich stosować. My sprawdzamy, czy wszystko jest zgodne z regulaminami. Jeśli chodzi o Julię Walczak to z tego, co pamiętam, ona skończyła trenować, gdy trenerem był Marek Ploch.