Iga Świątek nie wygrała żadnego trzysetowego meczu z zawodniczką z pierwszej dwudziestki rankingu WTA w sezonie 2026, a w Toronto pokonała dwie w drodze do pierwszego finału w tym roku. Klucz do przełomu? Odwaga zamiast strachu przed niedoskonałością.
Kiedy ostatnio podróżowałem do USA, mój bagaż przepadł. Zgubiły go British Airways, odnalazł się po dwóch dniach w Toronto. Z tenisem Świątek jest podobnie. Odnalazł się w Toronto, w biurze rzeczy zgubionych i znalezionych. I – podobnie jak to jest z bagażami – może przepaść w kolejnych podróżach, których w tym roku Świątek będzie jeszcze miała sporo. Ale akurat w tenisie jest tak, że wywalczone w ciężkiej batalii, trzysetowe, zasłużone, wypracowane zwycięstwa, takie jak z Martą Kostiuk, a zwłaszcza z Eliną Switoliną, mogą stanowić odskocznię na wyższy poziom, do klasy premium. Tam bagaże nie giną, albo giną rzadziej.
Mecz Świątek ze Switoliną miał podwójną wagę po trzysetowych porażkach z Ukrainką w dwóch ważnych tegorocznych turniejach. Powinien Polkę uodpornić na negatywną myśl, która zagnieździła się w jej głowie w postaci "problemu drugiego seta". Polega on na zaskakującej obniżce jakości gry po zwycięskim pierwszym secie. Coś takiego zdarzyło jej się w tym roku sześciokrotnie i cztery razy zakończyło trzysetową porażką. Ale – żeby wnieść nieco rozsądku do dyskusji – w sumie wygrała 30 drugich setów na 40 rozegranych od początku roku. Jest to wyższy odsetek niż w przypadku jej półfinałowej rywalki Switoliny, zawodniczki w kapitalnej formie.







