Z 39 meczów w tym roku Iga Świątek rozegrała dopiero trzeci taki mecz. W ćwierćfinale turnieju WTA 1000 w Toronto jej rywalka nie miała nic do powiedzenia. Absolutnie nic. Ale po zwycięstwie Polki nad Rosjanką Dianą Sznajder 6:2, 6:1 wciąż trzeba być ostrożnym z ogłaszaniem powrotu naszej tenisistki do wielkiej formy. W tym sezonie już dwa razy coś takiego odtrąbiliśmy i w obu przypadkach na ziemię Igę i nas sprowadziła Elina Switolina. Teraz, w półfinale w Kanadzie, na Świątek znów czeka właśnie Ukrainka.
Zero. Aż trudno w to uwierzyć, ale naprawdę zero. Tyle szans na przełamanie Igi Świątek miała Diana Sznajder. Rosjanka jest 17. tenisistką światowego rankingu, a Polka zajmuje na liście WTA ósme miejsce. W rankingu Race, sumującym punkty tylko z tego roku, Świątek jest 12., a Sznajder – 13. Ich pojedynek o półfinał "tysięcznika" w Toronto teoretycznie powinien być zacięty. A wyglądał tak, jak mecze Świątek z czołowymi rywalkami w czasach dominacji Polki. Wyglądał tak, jakbyśmy się przenieśli do 2022 roku. Wobec dobrej, twardej, pewnej gry Polki Rosjanka już na początku się zacięła i do samego końca nie była w stanie nic zrobić.
Sznajder wygrała w tym meczu tylko losowanie. Dzięki temu mogła wybrać, czy chce zacząć od serwisu, czy returnu. Wybrała podanie i od razu je straciła. Przez godzinę i cztery minuty gry Rosjanka nie miała ani jednej minuty, w której byłaby z przodu. A gonić nijak nie potrafiła. Tempo narzucone przez Świątek było dla niej do wytrzymania. Zero przełamań i zero breakpointów dla Sznajder dobrze oddaje skalę przewagi Polki.






