To przede wszystkim powrót na Wimbledon w roli obrończyni tytułu sprawił, że po trudnym meczu pierwszej rundy Iga Świątek się rozpłakała. Polka zapewnia, że wie, jak powinna grać, bo "tenis to nie fizyka kwantowa", ale wciąż ma kłopot z wprowadzeniem teorii w praktykę. Z pomocą trenera Francisco Roiga próbuje zapomnieć o tym, co robiła przez ostatnie dwa lata.

Choć Iga Świątek ma w dorobku jeden triumf w Wimbledonie, to już po raz drugi wystąpiła w roli przewidzianej dla obrończyni tytułu w tym prestiżowym turnieju. Ale nie kryje, że tym razem miało to zupełnie inny smak, niż wtedy, gdy była "na zastępstwie". Teraz ze specjalnego przywileju skorzystały też dwie najbliższe jej osoby - ojciec Tomasz i siostra Agata. I jak mówi trzecia rakieta świata, mocno to przeżywali.

Na konferencję Świątek po meczu otwarcia przyszło kilkoro zagranicznych i polskich dziennikarzy. Tradycyjnie najpierw odbyła się część anglojęzyczna, choć pytania w większości dotyczyły dokładnie tych samych aspektów. Ten sam temat też pojawił się na wstępie. Tuż po zakończeniu wygranego 6:1, 2:6, 6:3 pojedynki z Amerykanką Taylor Townsend Polka popłakała się. Dlaczego?

- Ten cały proces otwierania kortu i grania jako obrończyni tytułu jest emocjonalny. Rok temu wydarzyła się tu prawdopodobnie najbardziej niezwykła rzecz w mojej tenisowej karierze. Czułam to dziś. To była mieszanka różnych emocji - mówiła po wtorkowym 25-latka.