"Szaleństwem jest ciągle robić to samo i oczekiwać różnych rezultatów" - miał powiedzieć dawno temu Albert Einstein. Iga Świątek nie jest szalona, ale szalenie trudno patrzy się na to, jak od dłuższego już czasu gra w tenisa. Polka przegrała z Emmą Navarro 5:7, 6:2, 3:6 i odpadła z turnieju w Bad Homburgu już po swoim pierwszym meczu. To był jej jedyny start w ramach przygotowań do rozpoczynającego się w poniedziałek Wimbledonu.

Minęło 25 dni, odkąd Iga Świątek skończyła 25 lat i jednocześnie w kiepskim stylu pożegnała się ze swoim ukochanym Rolandem Garrosem. W swoje urodziny, 31 maja, przegrała w Paryżu z Martą Kostiuk, a później szczerze mówiła, że zjadł ją stres. Teraz wróciła do gry po długiej przerwie i znów była spięta, często nerwowa, a nade wszystko znów nie potrafiła uspokoić się na tyle, żeby robić to, co podpowiadał jej trener.

- Znajdź rytm – radził Idze, czy bardziej ją prosił, Francisco Roig po godzinie meczu. Wtedy Świątek przegrywała 5:7, 0:1 i miała już na koncie 20 niewymuszonych błędów. Psuła na potęgę.

Ten scenariusz nam się znudził. Ale Idze Świątek chyba nie

Świątek wyrzucała forhendy poza kort nie o 10 czy 20 centymetrów, ale o metr, a bywało, że o dwa. Seryjnie myliła się z serwisu. Została przełamana na 0:2 między innymi dlatego, że w tamtym gemie zepsuła pięć serwisów z rzędu. W pierwszej partii podwójnych błędów serwisowych popełniła aż siedem. I nie zaserwowała ani jednego asa. W tym bardzo nieudanym pierwszym secie Świątek aż trzy razy została przełamana. Navarro wcale nie grała wtedy genialnie. Ale tenisistce zajmującej obecnie 24. miejsce w światowym rankingu do wygrania wystarczyło, że po prostu myliła się mniej niż numer trzy na świecie.