Już 29 sierpnia zaczęło się schodzenie do kanałów. Schodziło wojsko, ranni, którzy mogli poruszać się o własnych siłach, i nawet część cywilnej ludności. Do dowódcy, podporucznika "Prawego" [Józefa Budzyńskiego], przyszła "Nina" [Danuta Hibner]. Zapytała, co ma robić ze swoimi podopiecznymi – rannymi, których przejęła po mnie, kiedy zostałam włączona do akcji. Była zatroskana, a "Prawy" odesłał ją z niczym do pułkownika "Wachnowskiego" [Karola Ziemskiego]. Myślałam o niej ze współczuciem.*Na szczęście towarzyszył jej "Łunicz" [Jerzy Adamski], który – po podleczeniu się w szpitalu na Długiej – był już teraz w jej szpitaliku. Byłam zadowolona, że ma przy sobie tak energicznego kolegę, który będzie bardzo pomocny w tej trudnej sytuacji. Tak też było. W związku z całkowitą kapitulacją Starówki nasz oddział otrzymał rozkaz osłaniania do ostatniej chwili wycofujących się oddziałów i fingowania obrony Starówki oraz, jak już wspomniałam, obsadzał barykadę przy Freta. Dotrwał tam pod dowództwem podchorążego "Szarugi" [Stefana Rogowca] aż do rana 2 września, kiedy po 72-godzinnej walce zbliżył się do kanału na placu Krasińskich róg ulicy Długiej.

Było jeszcze szaro. Reszta naszego oddziału była tam również, ale opóźnienie wchodzenia było tak duże, że trzeba było to wszystko przyspieszyć. Starówki już nikt nie bronił. Wejście do niej Niemców mogło nastąpić lada moment. Gdy się rozwidniało, ujrzałam naszych chłopców z placówki na Freta na czele z "Szarugą", robiących porządek przy włazie. Ucieszyłam się, że są już z nami. Obawiałam się, że pozostali na tej wysuniętej placówce i zostaną tam odcięci przez Niemców. Byli zmęczeni, ale sprawnie regulowali ruchem przy włazie. Wkrótce oddział nasz jako ostatni mógł rozpocząć ewakuację. Zbliżała się siódma. Właz był obłożony workami z piaskiem, więc zejście do niego było względnie bezpieczne. Naturalnie robiliśmy to, pochylając się, a nawet podczołgując. Nikt nie zważał na ciągłą lekką strzelaninę, do której byliśmy przyzwyczajeni. Gdy więcej niż połowa naszego oddziału znalazła się już w kanale, zaczął się silny ogień skierowany na właz z Dworca Gdańskiego. Podporucznik "Prawy" kazał wycofać się reszcie oddziału od włazu. Właśnie w tym momencie, tuż za "Zenkiem" – Andrzejem Jabłońskim – miałam skakać do włazu i nie widziałam wielkiej trudności, aby to bezpiecznie zrobić. Ale cóż – rozkaz jest rozkazem. Wycofałam się z resztą oddziału w pobliże, na Długą 19. Obawiałam się, że zaraz zgarną nas Niemcy. Nie było czasu na zwlekanie. Zostało nas 27 osób.