Wakacje to szczyt sezonu weselnego. Czasem zamiast scen z filmu romantycznego dochodzi do zdarzeń rodem z horroru, a przynajmniej… komedii.– Takiego wesela się nie zapomina – pięć lat po swoim ślubie i przyjęciu mówi Paulina, żona Jarka. – Co poszło nie tak? Raczej co nie poszło. A wszystko zaczęło się dzień wcześniej.
Po pierwsze: brzozyPaulina: – Mieliśmy piękną, bardzo wysoką salę. Jednak część gości odmówiła przyjścia na wesele, zostało około 80 osób i sala zrobiła się za duża. Chcieliśmy ją nieco zmniejszyć optycznie, ale nie wydać na to dużo pieniędzy. Wymyśliliśmy więc, że wstawimy do niej całe drzewa. Okazało się, że nasza dekoratorka – młoda dziewczyna z polecenia – ma własny las, taki do nasadzenia, i możemy drzewa wyciąć od niej. Wybór padł na 16 brzóz samosiejek, wysokich na cztery–pięć metrów. Chcieliśmy też poukładać na schodach brzozowe witki oraz wstawić je do ogromnych wazonów, żeby spływały nad głowami gości. Brzmiało to pięknie.Dekoratorka wyczytała, że drzewa trzeba ściąć jak najpóźniej, najlepiej dopiero dzień przed weselem. Plan był więc taki, że dzień wcześniej nam je dostarczy, a w ustawianiu drzew na sali pomogą nasi znajomi. Tylko że jak się okazało, wcale nie tak łatwo wyciąć w jeden dzień 16 drzew. Dojechały dopiero w dniu ślubu, gdy chętni do pomocy już się wykruszyli.











