Chociaż kobiety w straży pożarnej są mniejszością, ich obecność coraz częściej przestaje być zaskoczeniem. Marta została strażakiem przypadkowo. Przez kilkanaście lat pracowała w marketingu. Po drodze przeżyła kilka wypaleń zawodowych. Czuła, że to, co robi, nie ma sensu. – A ja tego sensu bardzo potrzebowałam – opowiada. I wtedy w ręce wpadła jej książka "Strażacy. Tam, gdzie zaczyna się bohaterstwo".Szukając sensu– To był impuls. Zaczęłam googlować, co trzeba zrobić, żeby zostać strażaczką. Wydawało mi się, że muszę skończyć studia, ale na Akademię Pożarniczą byłam już za stara, miałam 34 lata. Wspomniałam znajomym o swoich planach i jeden z nich opowiedział mi o Ochotniczej Straży Pożarnej – wspomina.

Żeby jeździć do zdarzeń, trzeba odbyć specjalny kurs zakończony egzaminami. – Zgłosiłam się, z czasem zdałam testy i zostałam strażaczką w Ochotniczej Straży Pożarnej w Starej Miłośnie – opowiada.Tam Marta spędziła cztery lata. I chociaż wciąż pracowała w marketingu, straż totalnie ją pochłonęła. – Ona uzależnia do tego stopnia, że dom często ląduje na drugim miejscu. W pewnym momencie w jednostce byłam codziennie. Mogłam sobie na to pozwolić, bo był czas pandemii, a ja pracowałam zdalnie. Jak było wezwanie, to zamykałam laptopa i jechałam na akcję.