Ukraińska armia obrała sobie jeden cel w Rosji. Zamiast atakować swoimi dronami bazy wojskowe, uderza przede wszystkim w obiekty paliwowe. Tak ukierunkowany ostrzał okazuje się wyjątkowo skuteczny. Płoną kolejne magazyny i rafinerie. Przemysł petrochemiczny nie pracuje więc z normalną siłą. Szacuje się, że jego moc została ograniczona przez ukraińskie ataki nawet o 25 proc. To z kolei wywołuje kryzys praktycznie w każdej części kraju.
Zobacz wideo Polacy wysadzili bankomat na Słowacji. Policja ujawniła nagranie z brawurowego pościgu
Z małym dzieckiem czekała 18 godzin przed stacją
Rosja nadal może produkować paliwa. Ale już nie w takiej ilości, jak jeszcze pół roku temu. Jednocześnie kraj cały czas musi eksportować benzynę i olej napędowy. Inaczej nie będzie w stanie finansować wojennej machiny. Skutkiem kolejnych ataków są zatem puste zbiorniki paliw na rosyjskich stacjach. Jeżeli benzyna pojawi się już w którymś punkcie, od razu ustawia się przed nim kolejka samochodów. Pojazdy stoją w oczekiwaniu na możliwość zatankowania nawet dobę.
New York Times opisuje opowieść 26-letniej Alony. Ta pojechała zatankować auto wraz z mężem i 18-miesięcznym dzieckiem. Ustawili się w kolejce przed stacją o godz. 23:00 jednego dnia. Ostatecznie paliwo zaczęli nalewać do baku dopiero o godz. 17:00 dnia kolejnego. Oczekiwali zatem przed dystrybutorem 18 godzin.














