Dwa kryzysy paliwowe biją w fundamenty Rosji, również w miejscach dla niej krytycznie ważnych. Oba są wywołane wojnami. Jeden - tą, która na nieszczęście Kremla się kończy, a drugi - tą, której Putin skończyć nie może.

W sobotę rano (4 lipca) cena baryłki ropy Urals, podstawowej w eksporcie Rosji, wynosiła (po przeliczeniu z dolarów na ruble) 3972 rubli. To o 1456 rubli mniej niż rząd zakładał w projekcie już i tak bardzo dziurawego budżetu na ten rok.

Zbawcza, jak się wydawało, dla Rosji koniunktura wywołana wojną w Zatoce Perskiej się skończyła. Moskwa wychodzi z niej z deficytem 6,1 bln rubli (dane na koniec maja), a przecież ustawa budżetowa na cały rok przewidywała minus 3,78 bln. Nie udało się też w czasie hossy odbudować niemal już wyczerpanych rezerw.

klub "wyborczej"

kalendarium