Gdy Hubert Hurkacz usiadł nagle w czwartym secie meczu 1/8 finału Wimbledonu, wszyscy na trybunach zamilkli. Wcześniej dwukrotnie leżał na "przeklętym" dla niego korcie w trakcie spotkania z Niemcem Janem-Lennardem Struffem. Na strachu - niestety - się nie skończyło. Mający problem z dolną partią pleców polski tenisista skreczował przy stanie 6:3, 7:6, 6:7, 5:7, 2:4.

Agnieszka Niedziałek

To miał być symboliczny sukces Huberta Hurkacza na korcie, na którym dwa lata temu rozegrał się jego dramat. Grał tak dobrze, że miałam już przygotowane w tekście zdanie, iż lepszego miejsca na pierwszy od pięciu lat awans do ćwierćfinału Wimbledonu nie mógł sobie wymarzyć. Zamiast tego jednak znów musiałam patrzeć z trybun tego obiektu na jego cierpienie i zaciskane z bólu zęby. Wzywał kilka razy fizjoterapeutę, próbował wszystkiego, odkładając tylko to, co było nieuniknione.

Zobacz wideo Rozbrajająca odpowiedź Chwalińskiej. To zapamięta z Roland Garros

To właśnie na korcie nr 2, nazywanym za sprawą licznych sensacyjnych rozstrzygnięć "Cmentarzyskiem Mistrzów", Hurkacz doznał w 2024 roku poważnej kontuzji kolana, która sprawiła, że przez kolejne dwa lata przeważnie albo pauzował, albo szybko żegnał się z rywalizacją. I z gracza top 10 stał się balansującym na granicy czołowej setki. Teraz, dzięki drugiemu z rzędu zwycięstwu odniesionemu na tym obiekcie, miał odzyskać miano najlepszego polskiego singlisty. I awansować do pierwszego od dwóch i pół roku wielkoszlemowego ćwierćfinału.