Publiczność była zachwycona, gdy Hubert Hurkacz po efektownym szczupaku zdobył punkt w drugiej rundzie Wimbledonu, ale właśnie po takim zagraniu dwa lata temu - na tym samym etapie tego turnieju - zaczął się jego koszmar. Sam nawet nie pamiętał, jak długo czekał na koniec czarnej serii w Wielkim Szlemie. Ale dokładnie pamięta, jak długą i trudną drogę przeszedł, aby móc znów tego szczupaka wykonać. Korespondencja z Londynu Agnieszki Niedziałek, dziennikarki Sport.pl.
Wimbledon to niebo i piekło Huberta Hurkacza. To w tym turnieju pięć lat temu osiągnął największy sukces, docierając do półfinału. To w nim trzy lata później doznał kontuzji, która postawiła pod znakiem zapytania jego dalszą rywalizację w tenisie. Teraz polski tenisista przyznaje, że odbudowa była trudniejsza niż się spodziewał.
Zobacz wideo Rozbrajająca odpowiedź Chwalińskiej. To zapamięta z Roland Garros
Hurkaczowi przerwanie dwuletniej posuchy nie wystarcza. To dlatego padł na kort i podbił serca kibiców
Najpierw trzysetowe zwycięstwo nad 12. w światowym rankingu Casperem Ruudem, teraz trzysetowe zwycięstwo nad 110. Sebastianem Ofnerem. To właśnie dzięki tym wygranym będący obecnie 96. rakietą świata Hurkacz po raz pierwszy od ponad dwóch lat zagra w trzeciej rundzie Wielkiego Szlema. Sam na konferencji prasowej nie pamiętał ani kiedy poprzednio dotarł do tego etapu bez straty seta, ani w ogóle kiedy poprzednio w nim wystąpił. Podpowiadam mu, że było to w Roland Garros 2024, gdy odpadł w 1/8 finału. - Chwila minęła, ale ambicje dalej są. I są większe - zapewnia z uśmiechem 29-latek.








