Rzucała rakietą i przekleństwami, seryjnie wybijała piłki za kort, nie słuchała swojego trenera. Iga Świątek kolejny raz waliła głową w mur i, niestety, go nie przebiła. Aż chciałoby się wykrzyczeć za Jerzym Janowiczem: "How many times?!". Mistrzyni Wimbledonu 2025 z tegoroczną edycją pożegnała się już w III rundzie - jedni mówią, że to niespodzianka, inni to przeczuwali.
- W końcu, ku***, aut! – wykrzyczała Iga Świątek, gdy Alexandra Eala pomyliła się przy stanie 7-7 w tie-breaku pierwszego seta. Wcześniej Filipinka wiele razy trafiała w linię. Może nie zawsze 32. tenisistka światowego rankingu chciała grać aż tak głęboko, może niekiedy sprzyjało jej szczęście. Ale i tak reakcja Polki w tamtym punkcie była bardzo zaskakująca. I dużo nam mówiła.
Niestety, Świątek znów nie wytrzymała nerwowo trudnego meczu. Eala to dobra, zadziorna, wszechstronna tenisistka. Było jasne, że postawi się faworytce. Dla Polki brawa za to, że długo nie pękała. Że przy stanie 3:5 obroniła setbola w pierwszej partii i doprowadziła do tie-breaka. Ale pamiętajmy, że to Świątek jest z tej pary o wiele bardziej doświadczona i utytułowana. Że to ona jest wciąż o wiele wyżej notowana. Że takie mecze od lat mimo wszystko regularnie wygrywała - miała aż 27 zwycięstw z rzędu w turniejach wielkoszlemowych przeciw rywalkom spoza top 20. Triumf Eali jest niespodzianką, ale Filipinka absolutnie zasłużenie wygrała 7:6, 6:2. A Polka przegrała nie tylko z nią, ale i z samą sobą. Znowu. Bo to się w ostatnich miesiącach coraz częściej powtarza.






