Mirra Andriejewa w swoim stylu szalała na korcie w pierwszej rundzie Wimbledonu, ale - jak mówi Magda Linette - to balansowanie na granicy, którą łatwo przekroczyć. Polska tenisistka miała swoje szanse w meczu z triumfatorką niedawnego Rolanda Garrosa. I właśnie dlatego było w niej sporo frustracji.

Niewiele ponad trzy tygodnie temu Mirra Andriejewa przekreśliła nadzieje Mai Chwalińskiej na dopełnienie pięknego snu w finale Rolanda Garrosa, a teraz na otwarcie Wimbledonu pokonała Magdę Linette. O ile na paryskiej ziemi królowała niepodzielnie, na londyńskiej trawie w poniedziałkowy wieczór sytuacja była znacznie bardziej wyrównana. I dlatego właśnie Polka rzuciła potem: "Nie będę spać spokojnie".

Linette wiedziała to już po meczu z Andriejewą. To dlatego rzuciła rakietą

Linette, przychodząc na konferencję po meczu z Andriejewą, w swoim stylu uśmiechnęła się na sekundę do czekających na nią wieczorem dziennikarzy. Potem jednak wrócił na jej twarz wyraz powagi. Gdy trafiasz już w pierwszej rundzie wielkoszlemowych zmagań na zawodniczkę, która dopiero co wygrała turniej tej rangi i mecz jest "na styku", możesz spojrzeć na sytuację dwojako. Z jednej strony - widząc szklankę do połowy pełną - doceniasz, że stawiasz opór rywalce, która jest na fali po życiowym sukcesie, z drugiej - widząc, że ta szklanka jest jednak w połowie pusta - zdajesz sobie sprawę, że mogła ci właśnie przejść koło nosa szansa, która się już szybko nie powtórzy. 34-letnia Polka po przegranym 5:7, 4:6 pojedynku z piątą rakietą świata dostrzegała obie perspektywy. Ale dominowała ta druga.