- To jakiś żart! - krzyczeli irańscy kibice w Los Angeles, gdy Szymon Marciniak nie uznał gola w końcówce meczu z Egiptem. Przez chwilę nikt nie chciał uwierzyć w decyzję VAR. Ale kiedy powtórki pokazały, że spalony rzeczywiście był, złość zmieniła się w ciszę i łzy. Obejrzałem ten mecz w "Tehrangeles" i to, co tu zobaczyłem, po prostu mnie zszokowało - pisze z Los Angeles Dominik Wardzichowski, reporter Sport.pl na mundial.

Choć mecz Iranu z Egiptem odbywał się w Seattle, ponad 1500 kilometrów dalej, jego prawdziwe emocje można było poczuć także w Los Angeles. To właśnie tutaj mieszka jedna z największych społeczności Irańczyków poza granicami swojego kraju. Nie bez powodu aglomerację Los Angeles od lat nazywa się "Tehrangeles", a okolice Westwood Boulevard są sercem irańskiej diaspory - pełnym perskich restauracji, kawiarni, piekarni i sklepów.

To właśnie tam oglądałem mecz Iranu z Egiptem, który miał zdecydować, który zespół awansuje do fazy pucharowej mundialu w USA, Meksyku i Kanadzie. Od pierwszego gwizdka atmosfera była wyjątkowa. Ulice i lokale wypełniły się kibicami z irańskimi flagami, a każda udana akcja reprezentacji wywoływała głośne okrzyki. Mimo że spotkanie rozgrywano setki kilometrów stąd, można było odnieść wrażenie, że cały mecz odbywa się właśnie tutaj.