W Iranie za homoseksualizm grozi kara śmierci, a w Egipcie zdarza się, że osoby LGBTQ+ lądują w więzieniu za "rozpustę" lub "naruszenie moralności publicznej". I akurat oba te kraje spotkały się w meczu, który Seattle określiło "meczem dumy". Ale to w ogóle było spotkanie z tysiącem podtekstów. FIFA wiedziała, że na boisku będzie iskrzyć, więc wysłała na nie Szymona Marciniaka. I faktycznie - iskrzyło do końca: gol na 2:1 dla Iranu, dający bezpośredni awans, padł w doliczonym czasie gry, ale nie został uznany, więc skończyło się remisem 1:1 i awansem Egiptu.

Już kilka dni przed meczem było jasne, że będzie on wymagający dla sędziego. Stawka była wielka, bo w grupie G wszystkie reprezentacje – Egiptu, Iranu, Belgii i Nowej Zelandii – miały szansę na awans do fazy pucharowej. Ale były też pozaboiskowe podteksty: szyicki Iran spotykał się z sunnickim Egiptem, a oba kraje od lat rywalizują ze sobą geopolitycznie. FIFA przewidywała więc, że mecz może być agresywny i ostry, może nawet pełen wzajemnych prowokacji. Dlatego chciała, by poprowadził go Szymon Marciniak, który słynie z umiejętnego zarządzania piłkarzami i kontrolowania temperatury gry. FIFA miała rację – polski sędzia miał mnóstwo pracy, pokazał siedem żółtych kartek i podyktował rzut karny dla Iranu, a w doliczonym czasie gry - po interwencji VAR - nie uznał gola dla Iranu, który dawał mu bezpośredni awans. A to wszystko w mieście zlepionym z dwóch różnych rzeczywistości - kilka przecznic od stadionu ludzie paradowali z tęczowymi flagami, a w tym samym czasie pod stadionem Lumen Field gromadzili się już kibice Egiptu i Iranu, czyli państw, w których kontakty homoseksualne są karane.