Czułem się jak na dziękczynnej mszy. Nie dość, że stadion w Atlancie ma dach jak katedra, to jeszcze podejście Hiszpanów do Lamine Yamala jest wręcz nabożne. Zawierzyli mu swój los, czczą każdy jego kontakt z piłką i wychwalają pod niebiosa. A on to niemal boskie postrzeganie stara się pielęgnować. Po pierwszej połowie zszedł z boiska, by oszczędzać siły, a Hiszpania zwieńczyła dzieło bez niego i wygrała z Arabią Saudyjską aż 5:0.
Potrzeba było Hiszpanów, którzy świetnie rozumieją futbol, więc wiedzą, kiedy ktoś robi ich w konia, by wreszcie ktoś sprzeciwił się pomysłowi FIFA. Gdy w meczu z Arabią Saudyjską, na klimatyzowanym stadionie, zaczynała się tzw. przerwa na nawodnienie, będąca w istocie kolejną okazją do wyświetlania reklam w telewizji i napychania federacyjnych kieszeni pieniędzmi, kibice zaczęli głośno gwizdać i buczeć. Gianni Infantino prawdopodobnie był wtedy jeszcze na stadionie i musiał słyszeć to niezadowolenie. Piszę "prawdopodobnie", bo raptem kilka minut wcześniej realizator pokazał go na telebimie, siedzącego w swojej loży, ale prezes FIFA zwykł wychodzić z meczów zanim się skończą, by zdążyć na kolejne spotkania i utrwalać wizerunek troskliwego gospodarza, który wszystkiego dogląda osobiście.
















