Gareth Southgate w roli selekcjonera nie prowadził jedynie angielskiej drużyny narodowej. Zmieniał towarzyszącą jej kulturę i jego zasług w tej roli nie da się zmierzyć medalami. Następca ma pod tym względem łatwiej. U niego chodzi tylko o wynik. Tyle że w takim ujęciu nawet drugie miejsce na mundialu byłoby porażką Thomasa Tuchela.

Thomas Tuchel umie w to grać. Gdy podczas eliminacyjnego wyjazdu do Belgradu został namierzony z egzemplarzem książki opisującej kulisy udziału reprezentacji Anglii w mistrzostwach świata we Włoszech w 1990 roku, natychmiast sprzedał na ten temat osobistą anegdotkę. "Oglądałem tamten mundial jak szalony. Jako 17-latek biegałem po ogrodzie z uniesionym kołnierzykiem, udając Chrisa Waddle'a. To było coś magicznego" – wspominał. Trener mieszka w Londynie, stara się być aktywnym uczestnikiem sceny kulturalnej angielskiej stolicy. Wie, że jako pierwszy Niemiec w roli angielskiego selekcjonera zawsze będzie dla niektórych obcy. Ale stara się być jak najbardziej swój.

Zobacz wideo

Dziś jednak coraz więcej brytyjskich komentatorów uważa, że fakt, iż trener ich reprezentacji ma tylko pojedyncze osobiste wspomnienia związane z wcześniejszymi angielskimi turniejami, jest jednym z jego największych atutów. Gdy zaczyna się tradycyjna turniejowa gorączka, listy przebojów znów zaczyna szturmować piosenka "Three Lions" zespołu The Lightning Seeds, a media społecznościowe zalewa hasło "Football is coming home", w angielskich głowach rodziła się już zwykle nadchodząca klęska. W ten sposób "Thirty years of pain" z wersów tamtej piosenki zamieniło się dość niepostrzeżenie w "Sixty years".