Ciągle powtarzam, że życiowe wybory są zwykłymi przypadkami. Nie wybrałam śluzy. Nawet nie czuję, żebym wybrała Tadeusza. Zepsuł mu się rower pod moim domem – ile w tym z mojego wyboru? Zresztą przed Tadeuszem był Eustachy. Staszek. Staszek mógł tylko wtedy pójść do łóżka, jeśli ja najpierw na jego oczach zabiłam kurę. Nie przeszkadzało mi to, lubię rosół. Kur mieliśmy trochę. Staszek miał dużo werwy, ale i dużo łagodności, szczególnie po. A Tadeusz chyba nigdy nie widział mnie nago. Wchodził tylko na mnie, podwijał koszulę i nakrywał nas kołdrą, a po wszystkim żegnał się i dokładnie się mył, i kazał też mnie, to się żegnałam i myłam. I tak trzydzieści lat. Tęsknię czasem za Staszkiem. Ale nic to. Wiem, że popatrzę chwilę przez okno i ot, dołączę do niego. Kto wie, może też na dnie śluzy.

Rozdział 4

Zawartość kilku pięćdziesięciolitrowych beczek w ciągu dwóch dni w suszarni zamieniła się w szeleszczący pod palcami foliowy pakunek, który Łucja z łatwością umieszcza na tylnym siedzeniu. Przed nią kilka godzin jazdy do wchodzącego w skład konsorcjum ośrodka badań, w którym znajduje się instalacja do ekstrakcji nadkrytycznej. Właściwie mogłaby tę paczkę nadać nawet kurierem, ale czeka ją spotkanie z Grahamem, akurat będącym tam w delegacji. Zapewne będzie musiała mu zdać relację z przebiegu projektu. W sumie się cieszy, bo wszystko idzie zgodnie z planem. Jest w tyle jedynie z dwiema publikacjami na nieco poboczny temat, które zobowiązała się napisać pod wspólnym autorstwem swoim, Grahama i jeszcze kilku osób mniej lub bardziej zaznajomionych z projektem, ale przecież nie musi się do tego opóźnienia nadgorliwie przyznawać. Nowe miejsce zawsze rozprasza, z łatwością to nadrobi, jak tylko się przyzwyczai. Zresztą co to jest półtora tygodnia?