No i pojęcia nie mam, co teraz zrobić z tą urną.

Póki co stoi na półce z najważniejszymi książkami, którą Piotr umieścił nad fotelem. Tam znalazły się nasze ukochane lektury, dawno nieczytane albo takie, do których wracaliśmy. Jego ulubione tomy Folletta, mój Wańkowicz i "Biologia" Claude’a Villeego w stanie wskazującym na wielkie zużycie, jego powieści Ursuli Le Guin i Dostojewskiego, mój "Kubuś Puchatek" z dzieciństwa i opasły tom wierszy Gałczyńskiego.

Wiele innych książek stoi na regale w sypialni i w jadalni, koło kredensu. Nad łóżkiem też wisi półka z takimi, do których się sięga, gdy sen uciekł. Tom z wierszami-piosenkami Przybory – zawsze rozczulają, "Ziele na kraterze" – zawsze wzrusza, "Lalka" – stare wydanie dwukolumnowe, z podniszczoną okładką, Strugaccy z ich "Piknikiem na skraju drogi", "Diuna" po angielsku (to Piotra), "Ostatni Mohikanin" Coopera (też Piotra) i jego "Bitwa o Monte Cassino" Wańkowicza. "Dziadka Melchiora" kochaliśmy wspólnie, jego zachwycały książki wojenne, mnie te rodzinne i podróżnicze.

Tu urny nie wstawiłam, bo jeszcze by mi spadła na głowę, miałabym guza i do tego masę sprzątania. Pościel cała w popiele? No nie. Żeby się urna zmieściła na półce w salonie, zdjęłam stamtąd trzy powieści Folletta. Trudno. Piotr już po niego nie sięgnie, ja też, bo mam to samo w wersji do słuchania.