Psy szkolone przez byłego policjanta wyrywały swojej ofierze skórę i mięśnie, kawałek po kawałku. Marcinowi udało się wpisać numer 112, rozmawiał z dyspozytorem sześć minut. Po pół godzinie próbował wykręcić numer jeszcze raz. Już nie potrafił.
Tekst zawiera treści drastyczne i nie powinny go czytać osoby niepełnotelnie i wrażliwe. Publikujemy szczegóły śledztwa, ponieważ opinia publiczna ma prawo do informacji.
- Poprosiłam prokuratora o współrzędne miejsca, w którym Marcin umierał. Chcę tam pojechać - mówi Joanna, partnerka Marcina Bociana. Przeżyli razem 22 lata. - Nie mogliśmy się pożegnać. W szpitalu nie było z nim kontaktu. Nie potrafię istnieć bez niego.
Jesienią 2025 roku 46-letni Marcin wraca ciężarówką z zagranicznej trasy. Jedzie ekspresową drogą S3 przez Lubuskie. W okolicy Zielonej Góry musi zrobić sobie postój. Zabiera nożyk i idzie do lasu na grzyby. W pobliżu miejsca, gdzie spaceruje, trzy psy pilnują amatorskiej strzelnicy prowadzonej przez byłego policjanta. Gdy zwierzęta widzą przypadkowego człowieka, rzucają się na niego. Gryzą tak, żeby zabić. Marcin desperacko walczy o życie przez kilkadziesiąt minut, wzywając pomoc. W szpitalu lekarze amputują mu obie nogi. Planują kolejną operację, ale w trzeciej dobie mężczyzna umiera. Ma rozszarpane ciało.










