Justyna Bryczkowska: Pracowałeś nad książką "Kucharze dyktatorów" osiem lat i wymagało to konkretnych przygotowań. Zacznijmy od tego, że sam prawie zostałeś kucharzem...

Witold Szabłowski: Ja byłem kucharzem! Kiedy skończyłem studia, ciężko było mi znaleźć pracę w Polsce, pojechałem więc do Kopenhagi. Robiłem tam mnóstwo śmiesznych rzeczy: pracowałem jako rikszarz, remontowałem łodzie w porcie. Ale najdłużej ze mną została praca w restauracji. Okazało się, że gotowanie wychodzi mi w miarę fajnie, mam do tego dryg i do tego sprawia mi to przyjemność. Przemysł restauracyjny w Kopenhadze właśnie się rozrastał, więc w ciągu niecałego roku trzy razy zmieniałem miejsce pracy i miałem opinię młodego, zdolnego kucharza. Dużo się tam nauczyłem, ale najbardziej niesamowita była pierwsza restauracja, w której pracowałem. To był meksykański lokal, w którym wszyscy kucharze poza mną byli irackimi Kurdami. Musieli uciekać z kraju przez prześladowania Saddama Husajna. Bardzo mnie lubili, a ja miałem ogromną przyjemność ze słuchania ich opowieści. Byłem skrupulatnie wprowadzany w meandry życia politycznego w ich kraju. Prawdopodobnie wiedziałem wtedy więcej o ścierających się w irackiej polityce frakcjach niż o polskich partiach.