Do tej pory spośród polskich pisarzy ekranizacje swoich książek w Hollywood mieli jedynie Henryk Sienkiewicz, Jerzy Kosiński, Stanisław Lem i Andrzej Sapkowski. Tymczasem Witold Szabłowski jest pierwszym reportażystą w tym gronie. Co więcej, nie tylko napisał książkę, która posłużyła za podstawę do stworzenia scenariusza dokumentu "Jak nakarmić dyktatora". Jest też scenarzystą oraz współproducentem filmu.
To film nie tylko o tym, co jedli dyktatorzy. Jak książka Polaka trafiła do Hollywood?
Jego premiera na Tribeca Festival może otworzyć przed produkcją drogę do dalszych pokazów festiwalowych i międzynarodowej dystrybucji. Szabłowski w rozmowie z Gazeta.pl opowiada, jak do tego wszystkiego doszło, a także nad czym pracuje z Channingiem Tatumem, czym podczas realizacji dokumentu zaskoczyli go kucharze dyktatorów i co z tym wszystkim ma wspólnego Maciej Musiał.
Justyna Bryczkowska: Robert De Niro widział już twój dokument i stał się jego wielkim adwokatem. To, że będzie miał premierę na jego festiwalu, jest znaczące, prawda?
Witold Szabłowski: Niestety w obecnym klimacie politycznym i przy tym, jak funkcjonuje amerykańska rzeczywistość, temat dyktatorów jest bardzo aktualny. Pewnie nawet bardziej, niż kiedy zaczynałem pracę nad książką. Stoimy przed koniecznością zadawania sobie pytań, które nie tak dawno temu wydawały się nierealne: czy kraje, które od lat kojarzyły się z ostoją demokracji, też mogą stać się dyktaturami? W naszym filmie nie pada ani razu nazwisko Donalda Trumpa, on się też ani razu jako postać nie pojawia. Ale w dużej mierze to jest też film o nim. Myślę, że każdy widz, który go obejrzy, będzie wiedział, do czego to jest komentarz. Wydaje mi się, że dlatego właśnie Robert De Niro tak polubił nasz dokument i chciał, żeby go pokazać na tym festiwalu. Jest bardzo mocnym krytykiem Trumpa.











