Grzegorz Braun odebrał Sławomirowi Mentzenowi coś cenniejszego niż elektorat. Odebrał mu monopol na absurd wypowiadany śmiertelnie poważnym tonem.
Autor jest pisarzem, prawnikiem, publicystą. Właśnie ukazała się jego nowa książka o kościelnych finansach: Taca.
Mentzen poczuł oddech na plecach. I bynajmniej nie chodzi o Tuska, którego prawica może rytualnie obciążać za plastikowe nakrętki, trawę, segregowanie śmieci, ceny pietruszki czy moralny upadek kardynała Rysia.
Tym razem zagrożenie przyszło z własnej strony. Od niedawnego politycznego kolegi.
Z przedsoborowego bunkra, odkopanego przy okazji przebudowy drugiej linii metra przez tego bezbożnika Trzaskowskiego, wyłonił się w konfederackiej koronie Zeus prawicy — Grzegorz Braun. Stary towarzysz, weteran wojen marsjańskich, człowiek, który z równą powagą potrafi rozprawiać o geopolityce, szczepionkach i cywilizacyjnych spiskach, odebrał mu coś cenniejszego niż elektorat. Odebrał mu monopol na absurd wypowiadany śmiertelnie poważnym tonem.














