Finezja kontra pragmatyzm. Atak kontra obrona. Obrońca trofeum kontra klub bez pucharu Ligi Mistrzów w gablocie. Doprawdy - trudno byłoby wymyślić bardziej zróżnicowany finałowy zestaw. W przypadku Paryża ten mecz miał zdefiniować cały sezon, bo puchar za krajowe mistrzostwo już dawno tam spowszedniał i przestał kogokolwiek rajcować, o ile nie pojawia się w towarzystwie trofeum za zwycięstwo w Lidze Mistrzów. To ono jest głównym celem każdego sezonu już od kilkunastu lat, odkąd klub przejęli katarscy bogacze. Dla Arsenalu natomiast ten sezon został już zdefiniowany jako fantastyczny i przełomowy, gdy po 22 latach udało się zdobyć mistrzostwo Anglii. Zwycięstwo w Lidze Mistrzów mogło być "jedynie" jego zwieńczeniem. Mogło też pomóc w uznaniu drużyny Mikela Artety za najlepszą w historii klubu. Stawka była więc olbrzymia, ale inna w obu przypadkach.
Ten mecz był też starciem różnych stylów gry - najsilniejszy atak napotykał na najbardziej szczelną obroną. Na ławkach siedziało dwóch hiszpańskich trenerów, którzy inaczej postrzegają futbol: Mikel Arteta najchętniej zaprogramowałby wszystkich swoich piłkarzy i kontrolował każdy najdrobniejszy element meczu, a Luis Enrique nauczył się już oddawać inicjatywę samym piłkarzom. I to widać - PSG czyni cuda z piłką, a Arsenal ociera się o doskonałość, gdy jej nie ma. Ostatecznie wszystko sprowadzało się do jednego pytania – czyja wizja i czyj styl będzie na wierzchu.












