Za oknem sali intensywnej terapii efektowne zachody słońca. Nic mi nie dolega. Czuję się niezręcznie, to miejsce poważnie chorych, pod respiratorami. Wciąż trudno mi uwierzyć, że, zgodnie z wytycznymi ministerstwa, właśnie tutaj jest miejsce i dla mnie.
Niespełna dwa lata temu, po ukłuciu osy przeżyłam wstrząs anafilaktyczny. Odtąd stale muszę nosić przy sobie zestaw ratujący życie. Postanowiłam przejść procedurę odczulania, bo nie chcę się bać każdego odgłosu przelatującego owada.
Eksperci oceniają, że w Polsce odczula się zdecydowanie za mało osób nadmiernie reagujących na jad owadów błonkoskrzydłych. Tymczasem jest to jedyna alergia, jaka może realnie zagrażać życiu.
Według szacunków prof. Krzysztofa Kowala z Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku, w Polsce z powodu użądlenia przez owada błonkoskrzydłego może umierać nawet do kilkudziesięciu osób rocznie. Brakuje jednak wiarygodnych statystyk, które pokazywałyby liczbę zgonów w wyniku anafilaksji po takim ukłuciu. Około 1-2 proc. Polaków reaguje w sposób tak gwałtowny na jad osy, pszczoły, trzmiela czy szerszenia, że zagraża to ich życiu. Duże, długotrwałe miejscowe odczyny, które mogą trwać po kilka dni, dotyczą powyżej 10 proc. populacji. Reakcje uogólnione, np. wysypka i świąd, występują u 5-10 proc. osób dorosłych i 1-2 proc. dzieci.














