– To przeze mnie zlikwidowali Wapienno. Uparłem się, bo byliśmy o krok od tragedii. Kopalnia pożarła własne dzieci. – Marian Mazurowski zamyśla się na chwilę i gładzi wąsa.

Wapienno powstało, rozkwitło i zniknęło przez kopalnię wapienia. Zostały po nim osiem liter na mapie i pustka w setkach serc.

Zanim jednak to wszystko się wydarzyło, była tajemnica – przeciwieństwo pustki. Pustka jest wtedy, gdy już wiadomo, że nic nie ma, tajemnica wtedy, gdy wiadomo, że coś jest, ale nie wiadomo co.

Tajemnicą kilku wsi na Pałukach – w regionie na pograniczu Wielkopolski i Kujaw – było to, co kryje się pod ziemią. Ludzie coś przeczuwali, bo na powierzchni pojawiały się znaki. Wystarczyło chwilę pokopać, by ukazała się biała ziemia. Po deszczu zostawały dziwne mleczne kałuże. Obok siebie wyrosły dwie wsie, Bielawy i Białe Błota, które istniały jeszcze przed Wapiennem. Dawniejsze nazwy miejscowości zazwyczaj nie brały się znikąd. Nadawano je od imienia założyciela, charakterystycznej cechy krajobrazu czy zajęcia wykonywanego przez znaczącą część społeczności – stąd właśnie Poznań, Góra czy Jadowniki.

Bielawy i Białe Błota były zwykłymi miejscowościami rolniczymi, jakich wiele w okolicy. Kilkanaście chałup tu, kilkadziesiąt tam, obok las, a wszystko to na równinie upstrzonej jeziorami. Kilka kilometrów dalej płynęła Noteć, która skręcając z północy na zachód, wyznacza granicę między Pałukami a Kujawami. Pośrodku tego wszystkiego – ziemia o białawym zabarwieniu, z której upalnym latem unosił się pył w kolorze mączki kostnej i która po solidnym deszczu zamienia się w lepką maź przypominającą lody waniliowo-czekoladowe.