To były cztery dziewczyny z Łodzi. Jedna usiadła za perkusją, pozostałe stanęły z gitarami przy mikrofonach. Daria, Jadzia, Megi i Gosia. Nazwały się TRANSS, bo to właśnie miały do zaoferowania. Zespół założyły już w 1979 roku. Na początku grały w domach kultury. Daria Wąsowicz śpiewała inaczej niż Kasia z Kontroli W. Jej głos był głęboki, ciepły. Pisała o ironii i maszynach:
Nie idzie mi dziś w robocie, Próżno pluję w garść, /W pracy się wciąż szamoczę, Szamoczę jak ta ćma.
Maszyny, praca wre, /w rytmie serca praca wre, tylko z pracy żyje się, maszyny, praca wre.
Wzięłam się do roboty chyba po dwóch dniach i miałam wielką ochotę dać sobie w gaz.
TRANSS szły jak lodołamacz. "Byłyśmy z siebie dumne. Czułyśmy, że robimy coś nowego, nieznanego", napisała Daria wiele lat później. Żadna z nich nie pochodziła z rodziny muzycznej. Musiały poświęcić tysiące godzin na opanowanie instrumentów, ale było warto, stały się samowystarczalne: tworzyły teksty i muzykę (przy wsparciu siostry Darii: Doroty). Nad brzmieniem pracowały w kilku łódzkich domach kultury. Ćwiczyły też w klubie pocztowym Telex. Tak, na poczcie. Łącznie cztery razy w tygodniu. Opłaciło się. Stały na scenie i grały dokładnie to, co zaplanowały. A więc się dało. Nie musiały już tylko pomagać braciom.










